poniedziałek, 22 września 2014

Zakupy na iHerb i kilka słów o witaminie B12

Wczoraj odebrałam moją pierwszą paczkę z iHerb! Zamówienie było skromne i złożone ze względu na jedną rzecz, a reszta stanowiła dodatek. Jeśli jesteście ciekawe co znalazło sie w koszyku zapraszam do lektury.


Wszystko zaczęło się od tego, że potrzebowałam tabletek z witaminą B12 (obowiązkowa suplementacja dla wegan) jednak wszyskie jakie widziałam w aptekach są na bazie cyjanokobalaminy, czyli syntetycznie wytwarzanej substancji, która co prawda jest bardzo tania ale w naszym organizmie musi najpierw zostać przełożona na metylokobalaminę, którą nasz organizm przyswaja. Zaczęłam więc szukać w sklepach internetowych suplementu zawierającego metylokobalaminę (methylocobalamin). Założyłam sobie także brać tabletkę tylko raz w tygodniu ponieważ jest to o wiele wygodniejsze niż codzienne łykanie, a dla naszego organizmu nie ma żadnego znaczenia ponieważ kumuluje on sobie B12 i nie musimy codziennie jej uzupełniać. Potrzebowałam więc tabletek o dawce 5000mcg, które okazały się bardzo, bardzo drogie (około 90zł za 60tabletek co wystarczyłoby na rok jednak na początek nie chciałam tyle inwestować). 
Zupełnym przypadkiem przeglądałam iHerb i okazało się, że to prawdziwe królestwo wysokodawkowej metylokobalaminy! I tak o to byłam zmuszona do zrobienia zakupów :)



1. Zoi - B12 Methylocobalamine 5000mcg za 2,95$ - produkt z sekcji Trial - gdy zamawiamy go po raz pierwszy mamy promocyjną cenę. Tabletek jest 30 co powinno wystarczyć na pół roku suplementacji, w dodatku nie trzeba ich połykać (nie umiem połykać tabletek, serio) tylko rozpuszczają się jak cukierki - w smaku dość słodkie, jak na leki nienajgorsze.  

2. Coconut Palm Sugar  - organiczny cukier kokosowy 454gramy za 4,45$ -  ma niski indeks glikemiczny, jest nierafinowany i stanowi naturalny dosładzacz. Zrezygnowałam z cukru już jakiś czas temu i na codzień mi go nie brakuje ale kiedy mam ochotę na upichcenie czegoś trudno jest się bez niego obejść. Ma lekko karmelowy smak, ale jest on na tyle delikatny że gubi się w potrawach - nie to co stewia, która dla mnie jest po prostu nie-do-zniesienia! Można go kupić  niektórych sklepach ze zdrową żywnością w Polsce ale jest dwa razy droższy (sic!).

3. Collagen Essence Mask - 2 maseczki do twarzy - ogórek (oczyszczająca) i aloes (nawilżająca) za 0,50$ (Trial)

4. Under Eye Treatment - płatki/maseczki pod oczy za 0,50$ (Trail)

5. Próbka organicznej herbaty za 0,25$ (Trial)

6. Sierra Bees, Organiczny balsam do ust za 0,50$ (Trial)


Po użyciu kodu zniżkowego, i doliczeniu przesyłki za całość zapłaciłm 12$. Na przesyłkę czekałam dokładnie 11 dni, wszystko było dobrze zapakowane i zabezpieczone. Jeśli macie jakieś perełki z iHerb do polecenia to koniecznie dajcie znać!

A jeżeli ktoś będzie robił zakupy po raz pierwszy zachęcam do skorzystania z kodu rabatowego QPD938

niedziela, 21 września 2014

Woda, woda zdrowia doda!

Mimo, że lato powoli zmierza ku końcowi (niestety) chciałam napisać o piciu wody. Być może dla wielu z Was jest to temat już oklepany, ale ja wciąż napotykam się na ludzi, którym woda nie smakuje, używają jej tylko do gotowania, a wypicie dwóch litrów dziennie uważają za szaleństwo. Cóż. Kiedyś sama zaliczałam się do tych osób jednak udało mi się zmienić przyzywczajenia i teraz dzień bez wody jest męczarnią.
Na początku piłam wodę mineralną i uważnie przyglądałam się etykietom wybierając te z największą zawartością kationów i anionów minerałów. Z czasem jednak ilość plastiku gromadzonego w domu zaczęła mnie przerażać. Szukałam możliwości zakupu wody w dużych, 5 galonowych butlach, które możecie spotkać w różnych poczekalniach i recepcjach jednak okazało się, że przy domowych potrzebach korzystanie z takich systemów jest trudne i nieopłacalne. Koniec końców stanęło na dzbanku z wymiennym filtrem. Jestem z niego bardzo zadowolona - nie muszę pamiętać o kupowaniu wody na okrągło, nie wspominając już o noszeniu jej w torbie na zakupy. W dodatku skończył się problem dziesiątek plastikowych butelek więc można traktować to za działanie pro-ekologiczne. To rozwiązanie jest także korzystne dla mojego portfela. Filtr wymieniany co miesiąc kosztuje 13-15zł, a za tą kwotę mogłabym kupić wodę w butelkach na około tydzień.
Czy dzbanek zmienia kranówę w mineralny eliksir? Oczywiście nie, ale w smaku jest istotna różnica - nie czuć chloru i woda jest trochę bardziej miekka. To zależy także od miejsca zamieszkania i instalacji wodociągowej, ale u mnie w mieszkaniu oceniam wodę na zdatną do picia, a wszelkie minerały, makro i mikroelementy dostarczam sobie dietą bogatą w owoce i warzywa.



Z łatwością zajdziecie różne dzbanki tego typu w większych sklepach. Ja zamówiłam swój dzbanek (Dafi) na Allegro za niecałe 40zł z przesyłką i jednym filtrem na start. Same filtry także opłaca się kupić w internecie w większej ilości, a jeśli potrzebujecie czegoś stacjonarnie to szukajcie na półce z dzbankami lub w Rossmanie.

Dlaczego piszę o tym dopiero teraz, kiedy robi się coraz chłodniej i nasze pragnienie nie daje o sobie znać tak często? Właśnie dlatego, żeby przypomnieć sobie i Wam, że zimą nadal potrzebujemy dostarczać naszemu organizmowi wody! Oczywiście, cześć zapotrzebowania będzie realizowana pewnie przez herbatę (zielona i roibos są moimi ulubionymi) i prawdą jest, że podczas upałów nasz organizm więcej się poci i szybciej odwadnia co nie zmienia faktu, że w zimie także dobrze jest pić wodę! Jej cyrkulacja w naszym organizmie odbywa się głównie poprzez parowanie, wydychanie, a także wydalanie. Te procesy na zimę nie ustają - nadal śpimy, ruszamy się czy w końcu oddychamy. Odpowiedni stan nawodnienia organizmu umożliwia poprawne funkcjonowanie na poziomie organów - zwłaszcza układu pokarmowego i wydalniczego (wasze nerki będą bardzo wdzięczne), a także komórkowym. Nasze neurony lepiej mogą przesyłać impulsy nerwowe jeżeli pracują w otoczeniu wody. Także nasza regulacja ciepła w organizmie pracuje lepiej, i o ile jest to dość oczywiste w stosunku do upalnej pogody gdzie instynktownie sięgamy po napoje to w zimie będzie nam po prostu cieplej jeżeli zadbamy o równowagę wodną naszego organizmu.

To ile wody, kiedy i jak pić? Twarde wytyczne mówiące o 30ml na 1kg masy ciała trzeba dostosować do siebie. Jeśli nasza aktywności fizyczna jest większa niż przeciętna, mieszkamy w ciepłym klimacie (szczęściarze!) czy nasza dieta zawiera mało owoców i warzyw, a dużo suchych skondensowanych pokarmów ilość ta musi być większa.
Dobrze jest zaczynać dzień od szklanki wody, żeby niejako przepłukać przełyk i układ pokarmowy i po prostu obudzić organizm. Idealnie byłoby dodać do niej sok z cytryny, który ma odczyn zasadowy i wpływa alkalizująco na organizm. Sama jednak nie mogę się do tego przekonać, i rano jestem w stanie wypić zaledwie kilka łyków wody. Natomiast zasadą, której się trzymam dość rygorystycznie jest nie popijanie podczas posiłków. Można sięgnąć po wodę 15-20 minut przed jedzeniem, oraz pół godziny po - dzięki temu jedzenie nie jest w naszym żołądku rozwodnione i organizowi łatwiej się je trawi. Nie warto też pić większych ilości na raz, o wiele efektywniej bedzie działało popijanie po kilka łyków przez cały dzień.



Oprócz dzbanka gadżetem, który znacznie ułatwił mi wprowadzenie wody w moje życie jest bidon marki Sistema. Ten na zdjęciu ma pojemność 600ml i został wykonany z plastiku wolnego od BPA. Zawsze mam go przy sobie i przyjemniej mi się z niego popija niż ze szklanki. Dzięki szerokiej szyjce o wiele łatwiej go napełnić niż zwykłą butelkę, a zakręcany dziubek do picia dobrze blokuje korek przed rozlaniem.



Wskaźnikiem funkcjonowanie gopodarki wodnej jest kolor naszego moczu. Jeżeli jest on prawie przezroczysty, z lekkim słomkowym zabarwieniem wszystko jest w porządku. Jeśli jednak przyjmuje ciemniejszą barwę (jest bardziej skondensowany), a do toalety udajemy się 3-4 razy dziennie powinniśmy pomyśleć o zwiększeniu ilości pitej wody.

sobota, 20 września 2014

Recenzja kremu Me Me Bio - Orange Energy



Opakowanie, cena, skład: 
Krem zamknięty jest w słoiczku z ciemnego szkła w związku z czym jest dość ciężki, ale jednocześnie bardzo ładnie się prezentuje. Grafika etykiety także przypadła mi do gustu - jest wyważona, bez wymieniania 30 cudów jakiś możemy się spodziewać czy krzykliwych kolorów mających zwrócić naszą uwagę.


Za taki 60ml słoiczek zapłacimy od 40 do 50zł w zależności od sklepu. Marka jest obecna w wielu internetowych drogeriach, a jeśli któraś z Was ma możliwość zajrzenia do drogeri Jasmin na Długiej w Krakowie to można tam nie tylko zakupić produkt, ale także widziałam otwarte testery do wypróbowania.
Może się wydawać, że za taki zwykły krem cena jest wygórowana ale produkt nadrabia wydajnością. Używany przeze mnie na dzień i na noc wystarczył na 4 miesiące, a jeszcze trochę zostało mi na dnie. Powinnam zdążyć przed upływem półrocznego okresu ważności po otwarciu.

Skład: Citrus Aurantium Dulcis (Orange Blossom) Flower Water, Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil, Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil, Cetearyl Glucoside, Butyrospermum Parkii (Shea) Butter, Cetyl Alcohol, Glyceryl Monostearate, Tocopherol (Vitamin E), Glycerin, Matricaria Chamomilla (Chamomile) Flower Extract, Benzyl Alcohol, Potassium Sorbate, Dehydroacetic Acid, Parfum, Limonene*, Linalool*.*Naturalnie występujące olejki eteryczne.

Jak widzicie skład jest bardzo przyzwoity, bazę stanowi woda pomarańczowa, do tego mamy oleje, witaminę E, glicerynę i ekstrakt z rumianku. Chemi jak na lekarstwo! Bawo! Po takim składzie nie powinniśmy spodziewać się rewolucji na naszej skórze - nie ma tutaj żadnych silnie działających składników aktywnych, jednak sam producent zaznacza, że jest to bazowy, nawilżający krem na dzień/noc.




Moja opinia:
Krem ma treściwą konsystencję dlatego należy używać go w małych porcjach - dzięki temu wchłania się dość szybko, chociaż nie znika zupełnie - musicie liczyć się z delikatnym filmem na twarzy. Nie jest to jednak żadna tłusta, ani oblepiająca warstwa! Sama aplikacja nie sprawia kłopotów, łatwo rozsmarować go na skórze, a przepiękny zapach pomarańczy dodatkowo umila tą czynność.
Bardzo dobrze radzi sobie z wszelkim ściągnięciem czy wysuszeniem skóry (wypowiadam się jako posiadaczka cery normalnej, skłonnej do trądziku). Na początku miałam obawy że taka ilość olejów, zwłaszcza masło shea może spowodować zapchanie skóry nic takiego jednak nie miało miejsca.
Muszę przyznać, że krem jest bardzo, bardzo łagodny. Stosowałam dodatkową porcje pod oczy i na powieki i jedyne co czułam to przyjemne nawilżenie i ukojenie skóry.



Przed zakupem czytałam kilka recenzji na jego temat i pojawiały się tam opinie, że krem po jakimś czasie rozwarstwia się i na wierzchu pojawia się olej - nie świadczy to o zepsuciu kremu i jest naturalnym procesem. Byłam więc przygotowana na taki scenariusz i ewentualne mieszanie kremu co jakiś czas jednak nie było takiej potrzeby. Jego konsystencja czy wygląd nie zmieniły się od początku użytkowania.
Stosowałam go zarówno na noc jak i na dzień, pod makijaż mineralny sprawdził się bardzo dobrze, Dzięki tej delikatnej powłoczce minerały dobrze się na nim trzymały, jednocześnie nie zmieniał ich koloru i nie wpływał na szybsze błyszczenie skóry czy ścieranie makijażu.

Czy polecam?
Jeżeli ktoś szuka prostego kremu odżywczo-nawilżającego o naturalnym składzie z całego serca polecam! Z pewnością pomoże zadbać o skórę normalną czy nawet suchą, jeżeli jednak dla kremu macie listę zadań specjalnych do wykonania nie sądzę, żebyście mogły być zadowolone.

Kosmetyki Make Me Bio nie są testowane na zwierzętach!

Z miłą chęcia do niego wrócę, choć najpierw chciałabym wypróbować inne propozycje od marki Make Me Bio. Może używałyście któregoś kremu od nich i możecie coś polecić?


piątek, 19 września 2014

Budyń z awokado


Awokado w kuchni stało się gwiazdą dzięki guacamole, jednak dzisiaj chciałabym zaprezentować je w wesji deserowej. Przepis wymaga tylko kilku składnikow, a wykonanie jest banalnie proste, za to wynik cudownie pyszny! Zachęcam do spróbowania - wegańska kuchnia może być na prawdę bardzo smaczna.

Składniki na jedną porcję:
awokado 
dosładzacz (u mnie miód ale może być syrop z agawy, cukier kokosowy, ksylitol czy cokolwiek co używacie do słodzenia)
kakao
mleko roślinne (u mnie domowe z wiórków kokosowych ale będzie pasowało praktycznie każde)

Przykładowe proporcje na zdjęciu ale możecie uznać że jest za mało kakaowy czy słodki i dodacie czegoś więcej.





Przygotowanie polega jedynie na zblendowaniu wszystkich składników na gładką masę, ot co! Dla lepszego efektu można schłodzić deser w lodówce.


Jeśli chodzi o wariacje to możecie zaszaleć z wyobraźnią! Jeśli macie ochotę dodajcie banany do masy, a na wierzchu posypcie borówkami, czipsami kokosowymi czy orzechami! Taka porcja dostarcza zapotrzebowanie na dobre tłuszcze na cały tydzień.




czwartek, 18 września 2014

Haul z zakupami z DM

Każdy samochodowy wyjazd wakacyjny to dla mnie okazja do odwiedzenia drogerii DM - byłam już w Czechach, na Słowacji i w Chorwacji. Podczas ostatniego wypadu wizyta w DM była zostawiona na sam koniec przez co o mały włos w ogóle by się nie odbyła - w Austrii wszystkie sklepy, które mijaliśmy były otwarte do 18.30, i na ostatnią chwilę zdążyłam zrobić zakupy w Bratysławie, w dużej galerii handlowej otwartej do 21.

Poniżej zdjęcia i spis produktów, które wylądowały z moim koszyku. W nawiasach zamieszczam ceny w euro.



1. & 2. Dwa kremowe żele pod prysznic Balea - porzeczkowy i pistacjowy (1,39 i 0,99E) - ich konsystencja przypomina mleczko do ciała, cudownie pachną i zawierają olej sojowy na 3 miejscu składu. Nie tworzą dużej piany ale ich konsystencja jest na tyle kremowa, że bardzo miło mi się ich używa.
3. Peeling Balea z solą morską i olejami (3,09E) - gruboziarnisty peeling zostawiający tłusty film z olejków, zapach sprawdziłam dopiero po przyjeździe do domu bo był zabezpieczony folią i średnio mi przypadł do gustu - według etykiety jest to trawa cytrynowa, jednak dla mnie jest on zbyt sztuczny i mocny.
4. Miniaturka kremu do rąk Alverde z rumiankiem (1,09E) - bardzo sobie go chwalę i żałuję, że nie wzięłam pełnowymiarowego opakowania choć takie maleństwo też ma swoje zalety.
5. Odżywka Balea do włosów długich (1,79E)
6. Odżywka Balea z mango i aloesem (1,29E) - ją także już kiedyś miałam. Cudownie pachnie i dobrze działa na moje włosy.
7. Mleczko - lotion do ciała Balea o zapachu pistacji o 40% zawartości ojeków (1,99E) - ten zapach podbił moje serce, mam nadzieje, że z limitowanej edycji wejdzie na stałe do sprzedaży bo z chęcią kiedyś do niego wrócę.
8. Szampon Balea z olejami do włosów zniszczonych (1,49E) - miałam już jego siostrę odżywkę i bardzo ją polubiłam dlatego teraz wzięłam caly komplet
9. Odżywka Balea z olejami do włosów zniszczonych (1,79E) - włosy są po niej bardzo śliskie i mięsiste, niestety ze względu na zawartość olejów może przyczyniać się do obciążania włosów. Moje są bardzo suche i gęste więc im nie szkodzi, ale jeśli ktoś ma delikatne włosy musi uważać z jej używaniem.

Kosmetyki z marki DM (Balea, Alverde) nie są testowane na zwięrzętach!
Części rzeczy już kilkukrotnie użyłam i jak na razie jestem zadowolona ale na ostateczną opinię jeszcze za wcześnie. :)

poniedziałek, 28 lipca 2014

Earthnicity Minerals w odcieniu Sunrise czyli zawiedzione nadzieje

Miałam spore nadzieje związane z podkładami Eartnicity, długo czekałam aż wprowadzą nowe kolory podkładów bo wśród organiczonej palety ciężko byłoby mi coś znaleźć. Podczas tego ciągłego zastanawiania się czy może jednak nie wziąć najjaśniejszych na próbę udało mi się wygrać konkurs na jednym z blogów i otrzymałam wybrany odcień podkładu - zdecydowałam się poczekać aż wprowadzą nowe kolory i wybrałam Sunrise. Z opisu wygląda na idealny dla mnie, zdjęcia i swatche na blogach też dawały mi dużo nadziei... Niestety okazało się, że zamiast odcienia lekko źółtego wychodzą z niego pomarańczowe tony. Na ostatnim zdjęciu, które było robione w słońcu możecie to dostrzec.








Nie chciałam się tak łatwo poddawać i nałożyłam go na całą twarz z myślą, że może jakoś to będzie. Sama aplikacja nie należała do najłatwiejszych. Podkład jest dość suchy i miałam wrażenie, że dość tępo się nakłada. Mimo, że jako bazę nałożyłam dość lepiący filtr antyoksydacyjny z Ziaji nie chciał się trzymać skóry.

Po ukryciu wszystkich niedoskonałości i nałożeniu ostatniej warstwy podeszłam do okna, żeby w dziennym świetle ocenić jak się sprawy mają. Tam gdzie położyłam bardzo cienką warstwę było ok, ale w miejscach gdzie mam zaczerwienienia i blizny musiałam dać go trochę więcej i zrobiły mi się pomarańczowe plamy. Sama twarz z daleka może i wyglądała w miarę, ale jeśli ktoś by się przyjżał zauważyłby jak odcina się od reszty ciała. Tymsamym kończę przygodę z podkładami Eartnicity żałując, że nadal jednym co mi pasuje wśród minerałów jest stara, dobra Annabelle (Golden Fairest - w zimie mieszane z Nautral Fairest pół na pół).